Feminizm w Biblii. O metodzie raz jeszcze…

Po poprzednim poście miałem przejść do konkretów, ale wątek metodologiczny mi się nie zamknął. Przyznaję się do ignorancji: moja refleksja rodzi się niejako “obok” ogólnie dyskutowanego problemu. Nie czytam forów feministycznych, blogów (z wyjątkiem loni). Moje zainteresowanie tematem wynika z osobistego duchowego rozwoju, a mówienie o feminizmie jest dla mnie wtórne (okazuje się bowiem, że sprawa kobiet jest głośna, dyskutowana i umieszczona pod sztandarem feminizm). Termin ten podoba mi się, bo niesie w sobie myśl o walce w obronie godności kobiety, pokazuje, że coś jest nie tak. Z tego samego powodu nie jest on do końca adekwatny: sugeruje niejako, iż naruszona jest li i jedynie godność kobiety, że to kobiety głównie o cośtam walczą.

Poza tym podchodząc do zagadnienia z perspektywy wiary rezygnuję z obiektywności, albo raczej z pewnego rodzaju intersubiektywności. To znaczy postuluję istnienie wiedzy, która zdobywana dzięki wierze jest subiektywna (moja), jest to poznanie-wiary, które wymyka się naukowości. Piszę o tym, żeby od razu zastrzec sobie prawo do nietłumaczenia się skąd wziąłem pewne wątki.

Biblię obieram jako źródło moich rozpraw i to z niej spróbuję wyczytać to, co będę tu przedstawiał. Całemu mojemu pisaniu będzie towarzyszyć założenie o jej natchnieniu oraz o specyficznej kondycji duchowej wymaganej od potencjalnego czytelnika tekstu świętego. Biblia jest bowiem cudowną księgą – mimo, że sztab naukowców rozdziera ją na czynniki pierwsze ona, jakby posiadając swój intelekt, bada czytelników i decyduje czy się “otworzyć”. Jest to bardzo bezpieczne, bo choć wiedza-wiary jest zawsze dawana na zasadzie łaski (nie możesz sobie na nią zasłużyć, nie jesteś lepszy jeśli ją masz) i objawienia (Boskiego olśnienia), to Boskie jej pochodzenie uszlachetnia poszukiwacza i domaga się od niego świętości…

Tutaj mała dygresja: kiedy wyjrzałem na świat i poczytałem sobie np. lonię byłem zdziwiony, że zgadzam się z całą masą jej uwag i spostrzerzeń. Nie neguję dociekań zdrowego rozsądku czy nauki, ale świadomie wybieram inną perspektywę.

Natomiast poznanie naukowe może, ale nie musi dotykać duchowej kondycji badacza i to mnie niepokoi. Boli mnie gmeranie w tak delikatnej materii przez ludzi rozdartych raną nieprzebaczenia. Boję się, że rzeczowa, merytoryczna polemika niewiele zmieni. Jeśli chodzi o sprawy dotyczące serca wolę je powierzyć Ekspertowi. Lonia podejmując temat dziwi się lękowi, który mu towarzyszy w kręgach kościelnych. I cóż powiedzieć? Trzeba wyraźnie nazwać grzech podziału, trzeba się przyznać: tak ja jako facet jestem też odpowiedzialny za ból kobiet. Wyznanie grzechów i pokuta otwierają na prawdę, która wyzwala i w konsekwencji daje autorytet do uzdrawiania innych. To stara zasada: śmierć niesie śmierć, co narodziło się z ciała ciałem pozostaje, Duch niesie życie i prawdę, a Chrystus przyszedł i umarł za nas, bo nie było dla nas nadziei, bo sami nie możemy się ocalić, bo na własną rękę nie odkręcimy edenowego upadku…

I znów: nie znaczy, że lata, w których ruch feministyczny działał nic nie dały, nie znaczy, że kwestionuję wyzwolenie, które przeżyły kobiety poza kościołem. Chodzi mi raczej o to, że nadszedł czas na to, żeby kościół zaczął wieść prym w misji wyzwalania jeńców, burzenia warowni (tak warowni – charyzmatyk ze mnie wychodzi) i głoszenia dobrej nowiny. Na koniec sugeruję medytację nad starożytną modlitwą:

Ojcze nasz, któryś jest w niebie, niech się święci Twoje Imię, niech przyjdzie Twoje królestwo, niech spełnia się Twoja wola na ziemi, tak jak w niebie…

Nadchodzi czas, w którym panowanie Boga na ziemi zmiecie i usunie cały nasz brud. Jesteśmy powołani do tego, żeby proroczo uobecniać atmosferę Królestwa Boga tam gdzie jesteśmy, żeby wstawienniczo nie zgadzać się na zło, żeby wołać: przyjdź Panie Jezu!

Odpowiedzi: 3 do “Feminizm w Biblii. O metodzie raz jeszcze…”

  1. popielaty Says:

    Kończysz takim proroczym tonem, że aż się głupio czuję rozgrzebując trochę to, co pisałeś 3 czy cztery akapity wyżej. Ale co tam.

    Dużo wyraźniej charakteryzujesz tu metodę, nie przeszkadza mi fakt, że chesz zastrzec sobie prawo do nietłumaczenia się skąd wziąłem pewne wątki – o ile wątki te będą zrozumiałe i sensowne (cokolwiek to znaczy). Wiedza-wiara pozyskana w najbardziej mistyczny sposób – musi też zostać ogłoszona, zakomunikowana jakoś.

    To co mnie zastanawia – to ostry podział jaki stawiasz pomiędzy wiedzą-wiarą, a poznaniem naukowym, czy społecznym jakimś. Naturalnie nie deprecjonujesz tego drugiego (dzięki Bogu), ale zastanawia mnie, czy poznanie na drodze iluminacji może abstrahować od bieżących kontekstów. Tzn – czy jestem w stanie duchowo spojrzeć na Biblię, gdy równocześnie nie patrzę na świat otaczający.

    I jeszcze jedno:
    Boli mnie gmeranie w tak delikatnej materii przez ludzi rozdartych raną nieprzebaczenia. Boję się, że rzeczowa, merytoryczna polemika niewiele zmieni.
    Dlaczego? Każdy orze jak może, ludzie patrzą na rzeczy z takiej perspektywy, jaką mają, naprawiają świat takimi narzędziami jakich się dorobili. Wytłumacz mi to jaśniej.

  2. andy Says:

    Jeśli chodzi o podział na wiedzę zdobytą przy pomocy szkiełka i oka, a tę uzyskaną na drodze iluminacji to różnica nie dotyczy tyle przyświadczanej treści, ile drogi która prowadzi do jej uzyskania. Jak pisałem poznanie naukowe nie musi dotykać serca, natomiast wiedza-wiary zawsze. Metoda naukowa zakłada pewien intelektualny wysiłek człowieka ukierunkowany ku badanemu przedmiotowi, metoda modlitwy, przynajmniej w tym aspekcie, jest pasywna, bezwysiłkowa, badany przedmiot jest bowiem nieskryty przed Bogiem, który udziela łaski poznania zgodnie ze swoją wolą. I co za tym idzie wiedza-wiary jest zawsze darem od Niego, a każdy dar Ojca jest dobry. Jeśli posiadam jakąś wiedzę z objawienia to mogę być pewny, że jest ona dla mnie dobra na ten czas, że w oczach Boga, w pewnym sensie (niekoniecznie dosłownym), do niej dorosłem. Zupełnie inaczej ma się rzecz z poznaniem naukowym, dla osiągniecia którego nie są ważne kwalifikacje duchowe. Czy wiedza zdobyta przez objawienie może być wyjęta z kontekstu spraw bieżących? I tak i nie. Skoro jej dawcą jest Bóg to na nim spoczywa obowiązek uczynienia jej aktualną (Nie sugerujesz chyba, że On jest wyrwany z kontekstu). Przykładem człowieka, który otrzymał prorocze objawienie dotyczące współczesnych mu czasów jest Jan Chrzciciel, który przecież dorastał na pustyni (tu: jego abstrakcja od bieżących kontekstów była istotowa dla jego misji)…
    Co do drugiej części twojej wypowiedzi: pisanie moje jest pisaniem duchowo zaangażowanym; z mojej perspektywy podchodzenie do tematu bez Boga przynosi gorzkie owoce. Patrzę na to i wiem, że kościół jest powołany do tego, żeby w sprawę wchodzić i dawać ludziom inne (nie redukcjonistyczne) narzędzia do walki. Nie to jest złe, że każdy orze jak może, ale to, że kościół może, a nie orze! Gdybyśmy zajęli dobre miejsce w polemice, a kościół byłby miejscem uwolnienia i uzdrowienia, to ludzie nie szukali by gdzie indziej.

  3. popielaty Says:

    Nie to jest złe, że każdy orze jak może, ale to, że kościół może, a nie orze!

    Właśnie! Więc może niech nie boli nas, że obolali ludzie dłubią przy bolesnych rzeczach (bo to ich prawo / obowiązek / instynkt przetrwania). Wierzę, że krzyk ciemiężonych dociera do uszu Pana niezależnie od światopoglądu tych ciemiężonych. Widzę, jak ciemiężeni stają się ciemiężycielami. Niech więc nas boli przede wszystkim, że nie ma nas tam, gdzie być powinniśmy. Że często / z reguły nie mamy prorockiego wejrzenia, które pozwoliłoby nam w pewnym sensie ‘wyprzedzać’ bolesne rzeczy. Widzę, że chcesz w tym elemencie coś zmienić i cieszę się.

    Akceptuję twoją metodę poznawczą i twój realizm/idealizm – pod jednym warunkiem: że słowo ma potencjał stać się ciałem. Jan Chrzciciel siedzi na pustyni a potem staje się znakiem, stoi w takim miejscu, że ma prawo pouczać przychodzący lud w zakresie spraw moralnych. To samo (tylko o ileż bardziej) – w odniesieniu do osoby Jezusa.

    I cofając się o krok – nie wiem, czy dawcą wiedzy, którą ktoś prezentuje jest Bóg – dopóki nie zestawię jej z własną wizją Boga (i nie chodzi o to, że nowa wiedza ma się mieścić w mojej wizji Boga, bo wtedy nie byłaby nowa) i dopóki nie poznam po owocach (to chyba biblijna zasada).

    Wiedza uzyskana na drodze objawienia nigdy nie jest wyrwana z kontekstu (w takim sensie jak to przedstawiasz). Jednak jej właściwym kontekstem jest kościół-w-świecie-żyjący. Nie mam problemu z tym, jak tą wiedzę pozyskujesz (Bóg przedziwne rzeczy robi). To, na czym się koncentruję, to moment uczynienia wiedzy aktualną dla kościoła-w-świecie-żyjącego.


Dodaj komentarz